I believe I can fly… I believe i can touch the sky….
Istnieją niewypowiedziane marzenia. Marzenia, o których nasza świadomość nie miała pojęcia, ale były gdzieś w nas, mocno przyczepione, silne. Jakież zdziwienie ogarnia człowieka, kiedy zdaje sobie sprawę z ich istnienia.
A następuje to w momencie ich spełnienia.
Dzika wręcz euforia, nieopisywalna radość, której końca nie widać.
***
Siedzę samotna w świetle trącanego przez wiatr płomyka do połowy wypalonej już,
czerwonej świecy. Lampka wina kołysze się w mojej dłoni, czekając cierpliwie aż uniosę ją
i zanurzę w niej swoje malinowe usta. Nie ma Cię. Obiecałeś patrzeć we mnie,
odnajdywać każdy milimetr duszy, czekać nawet jeśli odejdę.
Obiecałeś zanurzać się w moich włosach każdej nocy, każdego poranka budzić czułym pocałunkiem. Obiecywałeś dni i noce, dęby i czterolistne koniczyny.
Dziękowałam za każde słowo, ślepo wierząc, ślepo idąc ramię w ramię z tobą.
Gdybyś wtedy pchnął nóż w moje serce, bolałoby mniej. Mniej niż teraz,
ze sztyletem na wpół wbitym, z raną przez którą powoli przecieka sponiewierana dusza.
A jednak żyję, egzystuję. Snuję się po tym świecie niczym bezbarwna zjawa,
czekając na Ciebie, na twoje przeprosiny, słowa wyjaśnienia. Wierzę naiwnie,
że jeszcze wrócisz, wyjmiesz ze mnie cały ból, ucałujesz w kark, wyszepczesz po stokroć moje imię.
Szumiący mi w uszach wiatr zaczyna swój szaleńczy taniec gasząc tlący się płomień.
Ciemna samotność całkowicie mnie oplata, kieliszek wypada z dłoni tworząc na stoliku
moją małą drogę mleczną, iskrzącą się w świetle księżyca.
Nie ma cię.
(Fragment jednoczęściówki, 2007.)
Filled under: Opowiadania, Life