W poprzednim poście starałam się wam wyjaśnić klimat Fuerteventury, tego co dał mi wyjazd na Kanary i jakie wnioski wyciągnęłam z tej podróży. Dziś już bardziej praktycznie – czyli część pierwsza poradnika “co warto zobaczyć na wyspie silnego wiatru” 🙂

  1. Pico de la Zarza.

Mój absolutny numer jeden. Pico de la Zarza, zwany też Pico de Jandia, to najwyższy szczyt Fuerteventury – zarówno najwyższy jak i szczyt mogą przerażać, ale spokojnie – wierzchołek znajduje się na 807 m n.p.m. My – ja i Kajetan – wycieczkę zaczynaliśmy z hotelu Occidental Barcelo Jandia Mar, z którego już mieliśmy piękny widok na ocean, a więc kilka metrów mniej do przejścia.

Wycieczkę rozpoczęliśmy od razu po śniadaniu. 8:13 wyruszyliśmy z hotelu robiąc przystanek przy znaku “Pico de la Zarza (3’20)”. Kajtek pochodzi z Zakopanego ma więc znacznie więcej doświadczenia w górskich wycieczkach ode mnie – szczególnie, że było to pierwsze wyjście w góry w moim życiu :). Pocieszał mnie, że znaki na szlakach zawsze mocno przekłamują rzeczywistość i na pewno dojdziemy znacznie szybciej. Nie wiedzieliśmy gdzie idziemy, nie sprawdzaliśmy w  internecie czy szczyt jest warty odwiedzenia i jakie rozciągają się z niego widoki. Postanowiliśmy iść na żywioł i samemu przekonać się czy warto pokonać tę trasę. Pogodę mieliśmy wspaniałą – nie było za gorąco, ani za zimno, chmury troszkę przykrywały grzejące słońce. Na szlaku było zupełnie pusto – minęliśmy tylko jednego zjeżdżającego z góry w szaleńczym tempie rowerzystę, który zanim przemknął obok nas zdążył kiwnąć głową na powitanie.

Trasa na Pico de la Zarza przez pierwszą godzinę była zupełnie spokojna – lekkie podejścia w górę, coraz więcej kóz (których na wyspie jest więcej niż mieszkańców!), przyzwyczajonych jednak do ludzi, bo zupełnie nas ignorujących. Im wyżej byliśmy tym piękniejszy był widok na ocean oraz coraz bujniejsza (choć może w przypadku Fuerteventury nie jest to najtrafniejsze słowo) przyroda. Szliśmy spokojnie, choć ja – głupia – w pewnym momencie postanowiłam pokonać krótkie podejście w górę truchtem – dobra rada: nie róbcie tego. W górę lepiej iść niż biec – zajęło mi kilka minut, żeby uspokoić oddech i odzyskać władzę w nogach 🙂 Co chwila zatrzymywaliśmy się aby chłonąć wspomnienia robiąc “mentalne fotografie”. Jeśli czytaliście poprzedni post o naszym wyjeździe wiecie już, że Fuerta jest nieoczywiście piękna”. I podtrzymuję to stanowisko jednocześnie podkreślając, że absolutnie zakochałam się w tym zadziwiająco pięknym krajobrazie.

Ostatni fragment szlaku był bardziej wymagający – duże kamienne “schody” sporo dość stromych podejść. Kilka razy otworzyłam szerzej oczy, kiedy za stromym podejściem pojawiało się… kolejne strome podejście. Na szczęście “walka” z tą nieco trudniejszą częścią trasy nie trwała długo. Po przejściu przez ogrodzenie i uśmiechnięciu się do znaku “Please, close the door” czekała na nas ostatnia “prosta”, oczywiście bardzo kręta. Powoli naszym oczom ukazywała się powierzchnia znacznej części wyspy, ocean z jej drugiej strony a na horyzoncie inna kanaryjska wyspa – Gran Canaria.

Kiedy doszliśmy wreszcie na sam szczyt moje serce na chwilę się zatrzymało. Mogę z czystym sumieniem napisać, że był to jeden z najpiękniejszych widoków z jakimi się spotkałam. Szczyt był niewielki i ze względu na OKRUTNY wiatr odczuwałam dość duży dyskomfort poruszając się po nim (przyznaję – mam lekki lęk wysokości), szczególnie, że była tylko jedna droga na i ze szczytu – druga strona góry była niemal pionowa, ale to tylko potęgowało doznania. Ocean z drugiej strony był przepiękny, granatowy i choć słynący z bardzo wysokich fal (nawet 10 m przy brzegu) wyglądał na spokojny, a dzikie plaże raz zakończone białym piaskiem, innym razem stromymi klifami to połączenie dla zmysłów po prostu idealne. Rozciągający się widok ma w sobie wszystko czego tylko można oczekiwać. Jestem pewna, że następnym razem kiedy odwiedzę tę wyspę ponownie udam się na jej najwyższy szczyt. Zdjęcia nie oddają tego co czuje się stojąc tam na górze.

Po tym jak z małą łezką w oku pożegnałam się z tym pięknym widokiem, bardzo szybko zeszliśmy z powrotem do hotelu, mijając przy tym już znaczne ilości turystów. Wejście i zejście, z licznymi przystankami na zdjęcia, wodę i kanapkę zajęło nam łącznie 3:40 – Kajtek miał rację. 🙂

Pico de la Zarza jest miejscem niesamowitym i zdecydowanie godnym polecenia. Wejście na szczyt nie wymaga przygotowania fizycznego, wycieczka zajmuje mało czasu, a wrażenia są niezapomniane. Podkreślam to, bo nasza rezydentka z biura podróży Itaka “zapomniała” wspomnieć o możliwości wejścia na szczyt informując nas, że jedyną szansą zobaczenia drugiej – dzikiej strony wyspy jest wycieczka z niejakim Romkiem jego super-ultra-turbo dobrym samochodem. Jak się później dowiedzieliśmy można tam podjechać wypożyczonym samochodem, lub wycieczką rowerową czy też quadami, więc tu niestety duży minus dla Itaki za zbyt dużą chęć zarobienia pieniędzy. Na całe szczęście jesteśmy dzielnymi podróżnikami i odkrywcami i podjęliśmy jedną z lepszych decyzji w naszym życiu. Widok ze szczytu jest jednym z tych widoków, których po prostu się nie zapomina, a za to bardzo często z uśmiechem na twarzy wspomina.

C.D.N

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *