Nowy Rok rozpoczęłam – zupełnie zresztą niespodziewanie – na jednej z Wysp Kanaryjskich – Fuerteventurze.

Spędziłam tam absolutnie wspaniałe 2 tygodnie dowiadując się dwóch niezwykle ważnych rzeczy:

  1. Odpoczynek jest trudny.

  2. Wewnętrzny spokój zmienia absolutnie wszystko.

Ze względu na okoliczności wyjazdu – bardzo szybkie pakowanie i brak psychicznego przygotowania na 14-dniowy urlop pierwsze 2 dni na Fuercie spędziłam w poczuciu oszołomienia, zaskoczenia i dużego niepokoju. Nie byłam po prostu gotowa na to, żeby na dwa tygodnie odciąć się od swoich codziennych obowiązków i wejść w tryb rajskiego odpoczynku. Myśli kłębiły mi się w głowie i szczerze mówiąc przerażała mnie myśl o dwóch tygodniach bez laptopa, internetu (który działał tylko w hotelowym lobby i to jeszcze tylko jak miał ochotę), na niewielkiej, z pozoru mało interesującej wyspie.

No właśnie. Oprócz absolutnie cudownej temperatury, która uderzyła w nas po opuszczeniu lotniska w Puerto del Rosario (wyjechaliśmy w deszczowy dzień Świąt Bożegonarodzenia) i ciepłego słońca, wyspa wydawała się po prostu nieatrakcyjna.

Piasek, wulkany, może co jakiś czas jakaś zgniłozielona palma. Oczywiście moja natura nie pozwoliła mi od razu założyć najgorszego i z ciekawością dziecka wyglądałam za okno autokaru, kiedy pokonywaliśmy 80 kilometrową drogę do hotelu. Już wtedy ciężko było mi zakwalifikować krajobraz Fuerteventury – był jednocześnie smutny, jednolity, szary, ale miał w sobie coś niesamowitego – coś czego jeszcze wtedy nie potrafiłam nazwać.

Tak jak wspomniałam na początku, pierwsze dwa dni spędziłam pod znakiem ogromnego wewnętrznego niepokoju – był to pierwszy prawdziwy urlop w moim dorosłym życiu i jednocześnie spełnienie nigdy nienazwanych marzeń. Wiedziałam, że chcę odwiedzić Wyspy Kanaryjskie, ale nie spodziewałam się że zdarzy się to tak szybko, dlatego też szok związany z tym, że  jestem na Fuerteventurze towarzyszył mi przez cały urlop. Przeżywałam też wewnętrzny konflikt – z jednej strony uporczywie chciałam zmusić swój organizm do odpoczynku, do odpuszczenia, wejścia w tryb “leżę i rozkoszuję się powietrzem i słońcem”, a z drugiej strony denerwowałam się na siebie, że nie potrafię.

Na szczęście wszystko przyszło z czasem, ale bardzo znacząco wpłynęli na to ludzie, którzy mnie otaczali – ludzie, z którymi w większości nie zamieniłam ani słowa, ale ich niesamowite usposobienie było niezwykle kojące. Otóż Kanaryjczycy, jak się okazało, są absolutnie cudowni – uśmiechają się, nie denerwują, spokój który od nich bije jest dla nas – europejczyków, Polaków, zadziwiający. Wszystko robią w swoim tempie i nikt ich nie pogania. Jednocześnie ich uprzejmość i uśmiech w oczach nie pozwala denerwować się na nich.

Kiedy zaczęłam dostrzegać niezwykłość tych ludzi, zaczęłam również dostrzegać wspaniałości tej wyspy. Jak w czarno-białym filmie, który nagle, powoli zaczyna nabierać kolorów.

No właśnie – Fuerteventura jest piękna, ale w sposób nieoczywisty. Nie są to hawajskie wyspy, czy rajskie pejzaże Tajlandii. Nie ma zabytków architektury, piasek na plażach nie wszędzie jest biały, a fale oceanu zakrywają lazur wody. Nie czuć kurortowego, wakacyjnego życia. Jest Fuerteventura. Wyspa, ocean i Kanaryjczycy.

I właśnie dlatego jest to jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. 

Na tę wyspę trzeba patrzeć całościowo – na jej “spokojny” brzeg – Costa Calma i wielke fale przy plaży Cofete, na biały piasek przy Lagunie i niemal czarne klify, na wiewiórki i kozice, i na ludzi, którzy tworzą klimat tej wyspy, dbając o nią i traktując z należytym szacunkiem.

Nie zwykłam opisywać swoich podróży dzień po dniu, staram się raczej przekazywać przemyślenia, bo każda podróż jest dla mnie powodem do spojrzenia na wszystko z nieco innej perspektywy. I tak było też w tym przypadku, kiedy połączenie niezwykłego krajobrazu, krystalicznie czystego powietrza, ciepłego wiatru i usposobienia Kanaryjczyków dało mi możliwość spojrzenia na życie kompletnie inaczej.

Kategorie życia.

Wszyscy moi rówieśnicy zdają się myśleć o życiu w kategorii kariera – pieniądze. Zastanawiają się kiedy stać ich będzie na miesięczne wczasy na Kubie, kiedy wreszcie zarobią na super mieszkanie, czy odnajdą się w pracy na tyle by osiągnąć sukces. Myślą przyszłością. Myślą o rzeczach, które mogą się wydarzyć i wciąż na nie czekają. Nie czują, że podwyżka o 100 zł przybliża ich do “ich życia”, które dzień w dzień przeżywają w swojej głowie. I tak czekają, aż ta kategoria w której żyją zacznie wyglądać poprawnie, a ich życie naprawdę się zacznie. Mnie również zdarza się wpadać w ten nieszczęśliwy  tok myślenia.

Na Fuercie myśli się tylko w jednej – słusznej – kategorii.

Szczęście. 

Zarabiają pieniądze, żeby wydawać je na codzienne przyjemności – czy to obiad ze znajomymi, czy drinka w klubie tanecznym. Nie potrzebują otaczać się luksusem i nie potrzebują na koncie pokaźnej sumy oszczędności. Żyją tu i teraz, z uśmiechem na twarzy.

Piszę o tym, bo w dzisiejszym świecie wyścigu szczurów zapominamy o tym, że możliwe jest szczęśliwe życie po prostu, i że ów szczęściem jest dobry obiad, wyjście do teatru, czas spędzony z bliskimi, dobra książka czy film. Zapominamy, że to jest część naszego życia, które trwa, a z którego my się nie potrafimy się cieszyć, wciąż gnając po sukces, awans, podwyżkę.

I to oczekiwanie, kiedy wreszcie się zacznie nasze życie, zapominając, że ono trwa, tu i teraz. Jest w każdej filiżance kawy, na każdych urodzinach, w każdej przeczytanej książce.

Oczywiście, chociaż zachwycona tempem, trybem i jakością życia Kanaryjczyków, nie byłaby wstanie całkowicie zrezygnować z mojego spojrzenia na świat – chęci odniesienia sukcesu, rozwoju, odkrywania nowych terenów, podróżowania, nauki i zdobywania pieniędzy – ale dzięki tej podróży zdałam sobie sprawę jak niezwykle ważne jest zrozumienie, że można żyć bez rozpędzającej się kariery i dużych pieniędzy. I to żyć prawdziwie szczęśliwie. Ta wiedza pomaga osiągnąć balans, o którym zapominamy. A ten balans pomaga przeżywać porażki i pomaga cieszyć się sukcesami. Jest takim miejscem w nas samych gdzie jest tylko czyste powietrze, uśmiech i słońce. Tu i teraz i nic więcej. I warto się do takiego miejsca udać, w nas samych odnaleźć je i nabrać dystansu do tej szaleńczej gonitwy, w której bierzemy codziennie udział.

A jeśli ciężko nam jest je odnaleźć w sobie, to nic tylko oszczędzać na wycieczkę na Fuerteventurę – tam je na pewno znajdziecie.

One Reply to “Fuerteventura – nieoczywiście piękna”

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *